środa, 29 lipca 2009

Days 2-5 (Guilin, Yangsho)

Days 2-5 (Guilin, Yangsho)

Noc minela dosc spokojnie. Po ponad 24 nie mialem problemow z zasnieciem. Pociag zgodnie z czasem dojechal do stacji docelowej Guilin okolo 9:00. Nie do konca wiedzielismy czy my rowniez powinnismy wysiasc na tej stacji bo z przewodnika Lonely Planet wynikalo ze w tym 700 tys. miescie sa dwie. Napierajacy na nas tlum uswiadomil nam ze jednak powinnismy opuscic wagon bo pociag dalej nie pojedzie. Tak tez zrobilismy i po wyjsciu trafilismy na tak zwanych "naganiaczy". Niestesty, nasze skille w tej dziedzinie nie byly jeszcze wystarczajaco rozwiniete dlatego poslusznie poszlismy za pania ktora byla w stanie wymowic kilka slow po angielsku.

Poniewazw w Yangshuo nie ma stacji kolejowej, chcielismy od razu kupic bilety na kolejny etap naszej podrozy, majac na uwage informacje ze bilety w Chinach nalezy kupowac z kilkudniowym wyprzedeniem. Poniewaz oferta "biura" do ktorego trafilismy, a ktore na poczatku wzielismy za informacje turystyczna, wygladala dosc rozsadnie, postanowilismy zamowic bilety ktore mielismy odebrac w dniu odjazdu (za 3 dni). Glupi my, nie sprawdzilismy w kasach biletowych czy faktycznie bilety na interesujacy nas termin zostaly juz sprzedane. Chiny 1:1 Polska. Stracilismy na tym cale 15 zl (bilet na hard sleepera kosztowal nas 310 zamiast 280 RMB).

Majac juz pewnosc ze bilety beda na nas czekac, pan Chinczyk chcial nam wcisnac jeszcze kilka wycieczek ale spotkal sie z nasza odmowa i wskazaniem ze wg Lonely Planeta te wycieczki sa znacznie tansze. Po krotkiej lekturze przez pana chinczyka (musial sie dowiedziec ile zdzierac z innych turystow) naszej nowej edycji przewodnika udalismy sie juz na dworzec autobusowy aby za 7 RMB (niecale 3.5 PLN) udac sie w godzinna podroz do Yangshuo. Tym razem wszystko przebieglo bez problemow i juz po kilkunastu minutach od wyjazdu z Guilin ogladalismy krasowe wzgorza porosniete subtropikalna roslinnoscia charakterystyczna dla tej strefy klimatycznej.
Po godzinnej podrozy znalezlismy sie w Yangshuo. Juz w autobusie zaczepila nas pani chinka, po chinsku wytlumaczyla nam ze chodzi o hostel. Kiedy dojechalismy na miejscu czekal juz na nas chinczyk mowiacy w miare dobrze po angielsku. Po inspekcji i krotkich targach zaoferowal pokoj za 90 juanow. Cena wydala nam sie rozsadna a zmeczenie po podrozy zrobilo swoje dlatego zgodzilismy sie wziac pokoj z lazienka i klimatyzacja (co za burzujstwo). Jak sie pozniej okazalo, byla to troche wygorowana cena ale za to widok z dachu hostelu nam to kompensowal.
 
Na miejscu kupilismy trzydniowy pakiet wycieczek (rejs po rzece Li - jedno z najbardziej znanych miejsc w Chinach ktore jest tez na rewersie banknotow 20 juanowych i wymarzonym miejscem na wakacje dla milionow chinczykow; drugiego dnia mielismy jechac na rowerach do jaskini z goracymi zrodlami a trzeciego na malowniczo polozone tarasy ryzowe).
 
W hostelu spotkalismy po raz pierwszy obcokrajowcow z ktorymi sie zaznajomilismy. Padlo oczywiscie na naszych przyjaciol Zydow (zwanych dalej goralami spod gory Synaj). Od nich dowiedzielismy sie kilku ciekawych rzeczy, miedzy innymi ze przeplacilismy za nasz pakiet o okolo 100 juanow. Ogolnie jednak pobyt w Yangshuo mozna zaliczyc do udanych gdyby nie to ze Antek stlukl kolano w jaskini co pozniej odbijalo sie w dalszych etapach podrozy. Wycieczki byly bardzo przyjemne jednak byl to ostatni raz kiedy pojechalismy na tak "zorganizowane" wycieczki. Od tej pory zaczelismy ostro ciac koszty i klocic sie o kazdego juana.
 
Niestety, Chiny (przynajmniej te najbardziej turystyczne miejsca) tak jak kraje Azji pd-wsch maja to do siebie, ze miejscowi traktuja bialych jak chodzace worki z kasa. Jest dosc pracochlonnym zajeciem uswiadamianie Chinczykow ze my tez mielismy komune i nie mamy zamiaru przeplacac. Od tego czasu zaczelismy bardzo ostro porowynywac ceny wielu produktow typu piwo, napoje, pierozki, noclegi i z czasem zaczelo nam to calkiem dobrze wychodzic. Spotkalismy rowniez wiele ciekawych osob w tym Amerykanow ktorzy mieli dosc zycia w Indianie i przeprowadzili sie do wioski pod Yangshuo a obecnie planuja rozpoczac produkcje sera...
 
Nastepny wpis bedzie juz z Pekinu gdzie wybieramy sie dzis wieczorem. Czeka nas 11h podroz a nie udalo nam sie kupic miejsc lezacych ani nawet siedzacych takze bedziemy musieli zawalczyc z Chiniolami o nienumerowane miejsca siedzace w jednym z kilku specjalnych wagonow dla plebsu ;).
 
 

niedziela, 12 lipca 2009

Wielki Brat Patrzy

Jak wyzej.

Day 1: Hong Kong - Guangzhou

Z 20 minutowym opoznieniem, o 7:40 rano wyladowalismy w Hong Kongu. Poczciwy Boeing 747 ktory z godzinnym opoznieniem z powodu zlej pogody wylecial z Londynu, sporo nadrobil w powietrzu. Lot byl o tyle nietypowy ze nie lecielismy nad polnocna Syberia, tak jak latalem rok i dwa lata temu innymi liniami. Co do samych lini Qantas (australijskich), to musze powiedziec ze karmili bardzo dobrze - dwa pelne posilki a podczas lotu ani razu nie odmowili mi buteleczki wina :).Samolot choc troche wysluzony, dobrze znosil calkiem spore turbulencje. Niestety nie udalo mi sie zasnac ani na minute ale po przylocie do Hong Kongu nie czulem zmeczenia.

Autobusem lini A21 (33 HKD, kierowca zgodzil sie przyjac 32.5 :)) dojechalismy do dzielnicy Tsim Tsa Tsui, najbardziej wysunietej czesci polwyspu Kowloon. Tam Antek dokonal zakupu aparatu Canon a ja (niepotrzebnie) wymienilem czesc pieniedzy na dolary hongkonskie a dopiero pozniej na chinskie Juany. Po przeliczeniach bylem na tej operacji okolo 100 zl w plecy. Mowi sie trudno i zyje sie dalej. Z pewnym opoznieniem wsiedlismy do metra ktore dowiozlo nas na granice z Chinami. Do Hong Kongu jeszcze wrocimy, okolo 8 sierpnia bo stad mamy wylot 10 sierpnia. Po przekroczeniu granicy z Chinska Republika Ludowo Demokratyczna i trzykrotnym sprawdzeniu mojej temperatury (czolo, lewe i prawe ucho) znalezlismy sie w Shenzhen (czwartym co do wielkosci miescie Chin, tam zakupilismy bilet na szybka kolej (o kolei w chinach bedzie oddzielny post, powiem tylko ze pociagi sa znacznie lepsze niz w Polsce, przynajmniej te dwa ktorymi do tej pory jechalismy), za 75 RMB w godzine i 6 minut pokonalismy dystans 150 km i bylismy w Guangzhou, znanym Europejczykom jako Kanton. Tam zostalismy odebrani z lotniska przez znajoma chinke i zawiezieni do biura. Po zalatwieniu kilku biznesow otrzymalismy bilety na pociag do Guilin. Jeszcze tylko okolo godzina spedzona w tlumach przed i na dworcu (dworcow w Guangzhou jest kilka, kazdy z nich ogromny) wsiedlismy do pociagu. Okazalo sie ze chinczycy juz pierwszego dnia chcieli nas oszukac ale bylismy czujni. Najpierw zmienili peron odjazdu pociagu, idac za tlumem czekajacym na nasz pociag trafilismy do wlasciwego wagonu. Poniewaz bylismy jednymi z pierwszych ktorzy wsieli do wagonu, dostapilismy przywileju wyboru miejsc. Otoz do kazdego przedzialu skladajacego sie z 6 lozek i zerowej ilosci drzwi, przypisane sa jedynie dwa numery. Czyli na kazdy przedzial sa 3 osoby z tym samym numerem. To ktore lozko ci przypadnie, zalezy od twoich zdolnosci negocjacyjnych. Moje byly w tym wypadku dosc dobre. Kiedy siedzielismy na najwyzszych lozkach (czyli najblizej klimatyzacji), jakis chinczyk wszedl do wagony i chcial abysmy zeszli na dol bo on chce na gore. Cale szczecie ze rozumial polskie spierdalaj. Postkutkowalo :). Tym samym zakonczylismy nasz pierwszy dzien w Chinach. Przed nami 12h podroz do Guilin. Jeszcze tylko drobny spacerek po pociagu, w ktorym praktycznie w kazdym wagonie mozna bylo spotkac bialych (koncentrowali sie jednak w soft sleeperach, czyli klase wyzej i dwa razy drozej niz my). Zasnalem momentalnie z budzikiem nastawionym na 6:00 (23:00 czasu polskiego). 
 
(Ponoc w Chinach bylo dzisiaj jakies trzesienie ziemi, wszelkie informacje o naszej smierci sa mocno przesadzone).
 

czwartek, 9 lipca 2009

Ni hao!

Ufff udalo sie. Po dwoch dniach usilnych prob zlamalismy chinska blokade internetu. Dla tych ktorzy jeszcze nie wiedza, po zamieszkach w polnocno-zachodnim miescie Urumqi, zamieszkanym w blisko 50% przez muzulmanow, rezim chinski zrobil to samo co iranski, czyli zablokowal wszystkie serwisy spolecznosciowe typu facebook, twitter i inne blogopochodne.

Dochodzi 1 w nocy a jutro o 7 wybieramy sie na tarasy ryzowe wiec cos obszerniejszego pojawi sie miejmy nadzieje jutro.