niedziela, 12 lipca 2009

Day 1: Hong Kong - Guangzhou

Z 20 minutowym opoznieniem, o 7:40 rano wyladowalismy w Hong Kongu. Poczciwy Boeing 747 ktory z godzinnym opoznieniem z powodu zlej pogody wylecial z Londynu, sporo nadrobil w powietrzu. Lot byl o tyle nietypowy ze nie lecielismy nad polnocna Syberia, tak jak latalem rok i dwa lata temu innymi liniami. Co do samych lini Qantas (australijskich), to musze powiedziec ze karmili bardzo dobrze - dwa pelne posilki a podczas lotu ani razu nie odmowili mi buteleczki wina :).Samolot choc troche wysluzony, dobrze znosil calkiem spore turbulencje. Niestety nie udalo mi sie zasnac ani na minute ale po przylocie do Hong Kongu nie czulem zmeczenia.

Autobusem lini A21 (33 HKD, kierowca zgodzil sie przyjac 32.5 :)) dojechalismy do dzielnicy Tsim Tsa Tsui, najbardziej wysunietej czesci polwyspu Kowloon. Tam Antek dokonal zakupu aparatu Canon a ja (niepotrzebnie) wymienilem czesc pieniedzy na dolary hongkonskie a dopiero pozniej na chinskie Juany. Po przeliczeniach bylem na tej operacji okolo 100 zl w plecy. Mowi sie trudno i zyje sie dalej. Z pewnym opoznieniem wsiedlismy do metra ktore dowiozlo nas na granice z Chinami. Do Hong Kongu jeszcze wrocimy, okolo 8 sierpnia bo stad mamy wylot 10 sierpnia. Po przekroczeniu granicy z Chinska Republika Ludowo Demokratyczna i trzykrotnym sprawdzeniu mojej temperatury (czolo, lewe i prawe ucho) znalezlismy sie w Shenzhen (czwartym co do wielkosci miescie Chin, tam zakupilismy bilet na szybka kolej (o kolei w chinach bedzie oddzielny post, powiem tylko ze pociagi sa znacznie lepsze niz w Polsce, przynajmniej te dwa ktorymi do tej pory jechalismy), za 75 RMB w godzine i 6 minut pokonalismy dystans 150 km i bylismy w Guangzhou, znanym Europejczykom jako Kanton. Tam zostalismy odebrani z lotniska przez znajoma chinke i zawiezieni do biura. Po zalatwieniu kilku biznesow otrzymalismy bilety na pociag do Guilin. Jeszcze tylko okolo godzina spedzona w tlumach przed i na dworcu (dworcow w Guangzhou jest kilka, kazdy z nich ogromny) wsiedlismy do pociagu. Okazalo sie ze chinczycy juz pierwszego dnia chcieli nas oszukac ale bylismy czujni. Najpierw zmienili peron odjazdu pociagu, idac za tlumem czekajacym na nasz pociag trafilismy do wlasciwego wagonu. Poniewaz bylismy jednymi z pierwszych ktorzy wsieli do wagonu, dostapilismy przywileju wyboru miejsc. Otoz do kazdego przedzialu skladajacego sie z 6 lozek i zerowej ilosci drzwi, przypisane sa jedynie dwa numery. Czyli na kazdy przedzial sa 3 osoby z tym samym numerem. To ktore lozko ci przypadnie, zalezy od twoich zdolnosci negocjacyjnych. Moje byly w tym wypadku dosc dobre. Kiedy siedzielismy na najwyzszych lozkach (czyli najblizej klimatyzacji), jakis chinczyk wszedl do wagony i chcial abysmy zeszli na dol bo on chce na gore. Cale szczecie ze rozumial polskie spierdalaj. Postkutkowalo :). Tym samym zakonczylismy nasz pierwszy dzien w Chinach. Przed nami 12h podroz do Guilin. Jeszcze tylko drobny spacerek po pociagu, w ktorym praktycznie w kazdym wagonie mozna bylo spotkac bialych (koncentrowali sie jednak w soft sleeperach, czyli klase wyzej i dwa razy drozej niz my). Zasnalem momentalnie z budzikiem nastawionym na 6:00 (23:00 czasu polskiego). 
 
(Ponoc w Chinach bylo dzisiaj jakies trzesienie ziemi, wszelkie informacje o naszej smierci sa mocno przesadzone).
 

1 komentarz:

  1. nie musiales z chinolem walczyc na smierc i zycie o lozko? :) a spierdalaj to slowo miedyznarodowe, rozumiane wszedzie :]

    OdpowiedzUsuń